czwartek, 8 stycznia 2015

The Gathering - Always (1992)


THE GATHERING - ALWAYS...

Zawsze jak myślę o tej płycie to kojarzy mi się zima któregoś roku, jak jako młodziak biegałem z walkmanem i kasetami. Własnie na jednej z tych kaset miałem Always Gatheringa. Jeju, jaka to była urokliwa płyta, piękny debiut, jeszcze bez głosu Anneke (kiedy indziej o tym), jeszcze bez zajawek elektronicznych, tylko czysty surowy death/doom z ogromną dawką klawiszy.

Slowly... Flying silent
Touching the wind as it sadly sings... for me. 

Pierwszy wałek, niecny The Mirror Waters. Posłuchajcie tego wstępniaka. Ja za każdym razem się rozpływam. Co ciekawe, na klawiszu grać nie umiem, ale ten motyw pijany o trzeciej nad ranem zagram wam bez błędu. I własnie tak się zaczęła moja miłość do The Gathering. Te kilka taktów pierdzielonych klawiszy. Potem przychodzi topór, growl i czar pryska... nie no śmieje się, wszystko w standardach jest zrobione dobrze. Uwielbiam tą prostotę od nich bijącą, lecz jednoczeście wgniatającą w ziemie. Utwór jest długi, wielowątkowy, sporo tu przyspieszeń. Miejscami drażnią klawisze, kiedyś to nie przeszkadzało, ale teraz razi, oj razi. W ogóle w połowie utworu dochodzi do zmiany, gdzie na pierwszy plan wysuwają się klawisze i kurcze tu już nie drażnią. Ach mogliby to pozmieniać. Czepiam się za bardzo, kult i tyle.

Thousand degrees below 
Ice age has begun, Subzero 
Emotions running low 
My heart is so cold, Subzero

Drugi leci Subzero. Początek kojarzy się z jakimś wiejskim baletem, te budujące napięcie klawisze. Kurcze może grabię sobie, ale nie wchodzi mi. Za to potem wchodzi już konkret cięzki motyw, bębny na dwie stópki, przeplatane zwolnieniami, a raczej odwrotnie... I w zwrotce szybko, konkretnie, klawisz jest, ale śliczny. Jak oni to robią, że potrafią rozdrażnić i uspokoić? Ano taki urok pierwszego albumu tych łobuzów. Potem jeszcze szybciej i szybciej, by wszystko okrasić melodyjką na gitarze, i wchodzi refren podbijany klawiszami. Powtarzając motywy kilka razy przechodza w końcu do ultra zwolnienia na zakończenie, gdzie dostajemy całkiem sensowną, aczkolwiek nieskomplikowaną solówkę. Jest dobrze, całkiem przyjemnie.

Watching this world falling apart 
Like the dreams in a shallow sleep 
Countless are the nights they shared 
The mourning in his tears

Kurcze kolejny numer i kolejne denne klawisze na początku. Casio dla dzieci ma lepsze brzmienie. Nawet gitary nie ratują tego intro. Wokal recytuje, by przygrowlować w końcu, no i na szczęście się potem zmieniają te nieszczęsne organki w jakieś dysonansowe motywy, gdzie już lepiej się tego słucha. Gdzieś przed drugą minutą robi się całkiem bardzo z sensem. Fajne niewyszukane riffy opatulone brzmieniem normalnego panina, by potem znów dofasolić na dwa kopyta. I uwaga ciekawostka, wplata się w tło damski wokal. Niby jeden wers, ale już jakaś zmiana. Potem mamy riff, gdzie gitarka daje dobrą melodyjkę, ale jako całość... No nie przemawia do mnie ten numer.

Soon my reign will end
I, a king without hands
Soon this day will end
As my tears descend

Ha, a teraz King For A Day. Nawet chłopaki klip mają do niego! Co prawda na znanym serwisie ukazał się późno, a udostępnił go wokalista na swoim kanale. Cóż, cały numer jest zrobiony bardzo poprawnie, chociaż te klawisze znów. Refreniasto jest dobrez, męski wokal połączony z damskim, a ja takie klimaty lubię. W środku mamy moment wyciszenia, gdzie syntezatorki wydają całkiem przyjemne dźwięki, by następnie wdarła się w tło damska wokaliza. No ale jak wchodzi moment, gdzie krzyczy "dream on... sleep on..." to ciary mam na ciele. Potem riff z melodyjką, który świetnie robi klimacik. A na końcu rasowa metalowa jazda. W sumie taki szeroki wachlarz umiejętności muzyków jest tu pokazany, także numer na klip jak znalazł.

Who's to blame, who will lose 
Now the dice have been rolled 
We must find the guilty ones 
Instead of condemning what has been done

Drugi numer na stronie B na taśmie, czyli Second Sunrise. Akustyki i klawisze na wstępie, które nie drażnią to dobry początek. Ja tu się wkręcam już powoli w stary klimat słuchając tego po latach. Następnie walec na riffie i to taki konretny, z intrygującymi pauzami, gdzie już nawet nie zwracam uwagi na niepasujący klawisz. Cały wałek utrzymany właśnie w takim topornym tempie robi mocno robotę. Do tego miejscami damskie wokale, kurde, za mało ich. Widać, kto słuchał albumu Gothic Paradise Lost. Potem znów akustki i przyspieszenie z solówką. Jest dobrze, poziom nie zanika. A na zakończenie taki troszkę folkowy pasaż na klawiszach. Co ja się tych klawiszy tak czepnąłem?

Always will there be the stars 
Always will there be the moon 
Always will there be the rocks 
Will I always be alone?

Stonegarden. Kurde, nie, to nie Soundgarden, nie ta bajka. Nie mylić, bo to jest bardzo dobry numer. Akustyki i basówka unisono, ale... jak ta dziewoja śpiewa "always, always...", no mam słabość do damskich wokali, ale nie takich co ten niby gothic metal dziś reprezentuje, ale tych rasowych. No ale koniec tych piękności bo musi być ciężko. I jest. Tylko te klawisze zbyt wysunięte, wokal mi zagłuszają. Ale numer mknie do przodu jak wóz pancerny. No i pani się czasem wtrąca. W sumie gdyby nie ona, to by utwór przeleciał i koniec.

No i teraz pora na taką miniaturkę, utworek tytułowy. Muzycznie drażniący strasznie, ale skupmy się tylko na wokalizach i troszkę jest lepiej. Nie, szału nie ma. Kto ma CD może skipować, ja niestety muszę przesłuchać.

Open the doors of the past 
With the beating of a heart 
Dream as the years go by 
Carrying our own cross 
Seek the answers in the skies
As we don't even know ourselves 
Silent, as the sun sets before our eyes

Na sam koniec Gaya's Dream. Tak leci i tak człowiek myśli, że taki numer już był na płycie. Takie to podobne do tych poprzednich. Jest dobrze, jest ciężko, dwie stopki, potem zwolnienie, ale pod koniec już zaczyna to nużyć. Nie wiem, może za bardzo śpiący jestem, ale znów powiem to samo - babeczka strasznie urozmaica ten numer. Chociaż nie, w połowie jest riff na harmoniach z klawiszami i to jest coś nowego. Własnie, ani jednej harmonii! Jako jedyni z death/doomowej branży nie stosowali tego patentu! To ich odróżniało wtedy.

Powiem wam tak, jeszcze parę lat temu zachwalałbym ten album najmocniej na świecie. Kiedyś to było dla mnie wewnętrze przeżycie nie z tej ziemi słuchając pierwszego albumu The Gathering. Dziś jednak drażni mnie miejscami (patrz. klawisze) i niczym aż tak nie zauracza. Ale muszę kupić winyl, ot tak dla sentymentu, że kiedyś miało się te piętnaście lat i biegało z walkmanem słuchając taśmy (nie, to nie ta co na zdjęciu, wtedy była przegrywana) gdy część już się lansowało mp3kami, czy słuchało muzyki z telefonów. Jednak The Mirror Waters na zawsze będzie urzekać.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz