środa, 4 lutego 2015

Behemoth - Thy Winter Kingdom/Adv. From The Pagan Vastlands (2015)



BEHEMOTH - THY WINTER KINGDOM / ADV. FROM THE PAGAN VASTLANDS

Długo czekałem, oj bardzo długo na dwa wydawnictwa Behemotha owiane złą sławą, znane tylko przez nieliczne jednostki i zasłyszane na różnych kompilacjach tego zespołu. Behemotha najlepszego, starego, black metalowego. Pierwsze szepty Witching Hour zdradziło mi w wakacje 2014 (a może i 2013), że coś takiego się ma święcić. Potem długo długo cisza, aż w końcu w styczniu tego roku ruszyła przedsprzedaż wydawnictw. Ja, jako analogowy zboczeniec nie mogłem się oprzeć i zamówiłem obydwa wydawnictwa w limitowanych edycjach na białym winylu, której każdej wyszło tylko po sto sztuk.

Dzień upragniony nadszedł, otwieram solidnie zapakowaną paczkę, gdzie znajduje dwa wspomniane winyle, oczywiście każdy biały, ślicznie zrobione okładki, gdzie lakier jest nałożony tylko na niektóre części co na żywo robi piorunujący efekt. Do tego dodany plakat, naszywka, przypinka, naklejka i rzecz najważniejsza chyba - zin ze starymi wywiadami podzielony na dwie częśći - rodzimą i zagraniczną. Nie powiem, że od razu zabrałem się za czytanie tego cudeńka i robi się to z prawdziwą przyjemnością, przez moment można przenieść się do starych lat i poczytać jaki był poziom wypowiedzi zarówno redaktorów czy muzyków. Wszystko okraszone starymi zdjęciami, co robi niesamowity klimat i zdecydowanie dla tego zina warto się zaopatrzyć z chociaz jedną kopią w limitowanej edycji, chociaż będzie to teraz raczej niemożliwe, gdyż bardzo szybko się wyprzedały w przedsprzedaży.

No i tutaj moglibyśmy skończyć z wielkimi ochami i achami. Jak zawartość wizualna jest przekozacka, tak zawartość audio już niezupełnie. Thy Winter Kingdom oferuje nam jako główny set trzy numery właśnie z tej taśmy, której zdobyć się w sumie nie da, plus dodatkowo cztery kawałki nagrane podczas tej samej próby, które w zasadzie się za bardzo od siebie nie różnią, prócz pojedynczych dźwięków, czy pomyłek. Fajnie się słucha pierwotnych wersji lubianych numerów, lecz jakość wszystko psuje. Jak z wznowionego jakiś czas temu Endless Damnation udało się wyciągnąć maksimum i nawet nieźle się tego słucha tak tutaj brzmi jak rasowa stara, zdezelowana i nieoczyszczona taśma. A szkoda, bo pewnie i wartość muzyczna by była większa.

Następny albumik, czyli Adv. From The Pagan Vastands prezentuje się delikatnie lepiej. Wszystko bardziej słyszalne, ale dalej odstaje od takiego chociażby The Return Of The Northen Moon. Mimo wszystko jakoś lepiej mi się tego słucha i przyjemnie wchodzi taki Moonspell Rites, krzywo zabębniony Pure Evil And Hate, czy z deka balladkowy numer, który nie został opublikowany na żadnej innej płycie nigdy (nie liczymy kompilacji) czyli The Oak Between Snow. Właśnie, materiał też nie jest do końca nieznany bo na Demonice wydanej w 2006 połowa materiału była udostępniona. 

Wydawnictwo doczekało się również standardowej edycji winylowej, jak i podwójnego CD, czyli wsadzenia dwóch wydawnictw w jedno pudełko. Cenowo standardowe w sumie są całkiem ok, szczególnie jeśli patrząc na wykonanie okładki winyla, to wcale nie jest aż tak przesadzona przy dzisiejszych standardach. Wizualnie wszystko prezentuje się zacnie, dodatek w postaci zina genialny, lecz muzycznie warto traktować jako historyczną ciekawostkę, aniżeli jakąś perłę.










czwartek, 8 stycznia 2015

The Gathering - Always (1992)


THE GATHERING - ALWAYS...

Zawsze jak myślę o tej płycie to kojarzy mi się zima któregoś roku, jak jako młodziak biegałem z walkmanem i kasetami. Własnie na jednej z tych kaset miałem Always Gatheringa. Jeju, jaka to była urokliwa płyta, piękny debiut, jeszcze bez głosu Anneke (kiedy indziej o tym), jeszcze bez zajawek elektronicznych, tylko czysty surowy death/doom z ogromną dawką klawiszy.

Slowly... Flying silent
Touching the wind as it sadly sings... for me. 

Pierwszy wałek, niecny The Mirror Waters. Posłuchajcie tego wstępniaka. Ja za każdym razem się rozpływam. Co ciekawe, na klawiszu grać nie umiem, ale ten motyw pijany o trzeciej nad ranem zagram wam bez błędu. I własnie tak się zaczęła moja miłość do The Gathering. Te kilka taktów pierdzielonych klawiszy. Potem przychodzi topór, growl i czar pryska... nie no śmieje się, wszystko w standardach jest zrobione dobrze. Uwielbiam tą prostotę od nich bijącą, lecz jednoczeście wgniatającą w ziemie. Utwór jest długi, wielowątkowy, sporo tu przyspieszeń. Miejscami drażnią klawisze, kiedyś to nie przeszkadzało, ale teraz razi, oj razi. W ogóle w połowie utworu dochodzi do zmiany, gdzie na pierwszy plan wysuwają się klawisze i kurcze tu już nie drażnią. Ach mogliby to pozmieniać. Czepiam się za bardzo, kult i tyle.

Thousand degrees below 
Ice age has begun, Subzero 
Emotions running low 
My heart is so cold, Subzero

Drugi leci Subzero. Początek kojarzy się z jakimś wiejskim baletem, te budujące napięcie klawisze. Kurcze może grabię sobie, ale nie wchodzi mi. Za to potem wchodzi już konkret cięzki motyw, bębny na dwie stópki, przeplatane zwolnieniami, a raczej odwrotnie... I w zwrotce szybko, konkretnie, klawisz jest, ale śliczny. Jak oni to robią, że potrafią rozdrażnić i uspokoić? Ano taki urok pierwszego albumu tych łobuzów. Potem jeszcze szybciej i szybciej, by wszystko okrasić melodyjką na gitarze, i wchodzi refren podbijany klawiszami. Powtarzając motywy kilka razy przechodza w końcu do ultra zwolnienia na zakończenie, gdzie dostajemy całkiem sensowną, aczkolwiek nieskomplikowaną solówkę. Jest dobrze, całkiem przyjemnie.

Watching this world falling apart 
Like the dreams in a shallow sleep 
Countless are the nights they shared 
The mourning in his tears

Kurcze kolejny numer i kolejne denne klawisze na początku. Casio dla dzieci ma lepsze brzmienie. Nawet gitary nie ratują tego intro. Wokal recytuje, by przygrowlować w końcu, no i na szczęście się potem zmieniają te nieszczęsne organki w jakieś dysonansowe motywy, gdzie już lepiej się tego słucha. Gdzieś przed drugą minutą robi się całkiem bardzo z sensem. Fajne niewyszukane riffy opatulone brzmieniem normalnego panina, by potem znów dofasolić na dwa kopyta. I uwaga ciekawostka, wplata się w tło damski wokal. Niby jeden wers, ale już jakaś zmiana. Potem mamy riff, gdzie gitarka daje dobrą melodyjkę, ale jako całość... No nie przemawia do mnie ten numer.

Soon my reign will end
I, a king without hands
Soon this day will end
As my tears descend

Ha, a teraz King For A Day. Nawet chłopaki klip mają do niego! Co prawda na znanym serwisie ukazał się późno, a udostępnił go wokalista na swoim kanale. Cóż, cały numer jest zrobiony bardzo poprawnie, chociaż te klawisze znów. Refreniasto jest dobrez, męski wokal połączony z damskim, a ja takie klimaty lubię. W środku mamy moment wyciszenia, gdzie syntezatorki wydają całkiem przyjemne dźwięki, by następnie wdarła się w tło damska wokaliza. No ale jak wchodzi moment, gdzie krzyczy "dream on... sleep on..." to ciary mam na ciele. Potem riff z melodyjką, który świetnie robi klimacik. A na końcu rasowa metalowa jazda. W sumie taki szeroki wachlarz umiejętności muzyków jest tu pokazany, także numer na klip jak znalazł.

Who's to blame, who will lose 
Now the dice have been rolled 
We must find the guilty ones 
Instead of condemning what has been done

Drugi numer na stronie B na taśmie, czyli Second Sunrise. Akustyki i klawisze na wstępie, które nie drażnią to dobry początek. Ja tu się wkręcam już powoli w stary klimat słuchając tego po latach. Następnie walec na riffie i to taki konretny, z intrygującymi pauzami, gdzie już nawet nie zwracam uwagi na niepasujący klawisz. Cały wałek utrzymany właśnie w takim topornym tempie robi mocno robotę. Do tego miejscami damskie wokale, kurde, za mało ich. Widać, kto słuchał albumu Gothic Paradise Lost. Potem znów akustki i przyspieszenie z solówką. Jest dobrze, poziom nie zanika. A na zakończenie taki troszkę folkowy pasaż na klawiszach. Co ja się tych klawiszy tak czepnąłem?

Always will there be the stars 
Always will there be the moon 
Always will there be the rocks 
Will I always be alone?

Stonegarden. Kurde, nie, to nie Soundgarden, nie ta bajka. Nie mylić, bo to jest bardzo dobry numer. Akustyki i basówka unisono, ale... jak ta dziewoja śpiewa "always, always...", no mam słabość do damskich wokali, ale nie takich co ten niby gothic metal dziś reprezentuje, ale tych rasowych. No ale koniec tych piękności bo musi być ciężko. I jest. Tylko te klawisze zbyt wysunięte, wokal mi zagłuszają. Ale numer mknie do przodu jak wóz pancerny. No i pani się czasem wtrąca. W sumie gdyby nie ona, to by utwór przeleciał i koniec.

No i teraz pora na taką miniaturkę, utworek tytułowy. Muzycznie drażniący strasznie, ale skupmy się tylko na wokalizach i troszkę jest lepiej. Nie, szału nie ma. Kto ma CD może skipować, ja niestety muszę przesłuchać.

Open the doors of the past 
With the beating of a heart 
Dream as the years go by 
Carrying our own cross 
Seek the answers in the skies
As we don't even know ourselves 
Silent, as the sun sets before our eyes

Na sam koniec Gaya's Dream. Tak leci i tak człowiek myśli, że taki numer już był na płycie. Takie to podobne do tych poprzednich. Jest dobrze, jest ciężko, dwie stopki, potem zwolnienie, ale pod koniec już zaczyna to nużyć. Nie wiem, może za bardzo śpiący jestem, ale znów powiem to samo - babeczka strasznie urozmaica ten numer. Chociaż nie, w połowie jest riff na harmoniach z klawiszami i to jest coś nowego. Własnie, ani jednej harmonii! Jako jedyni z death/doomowej branży nie stosowali tego patentu! To ich odróżniało wtedy.

Powiem wam tak, jeszcze parę lat temu zachwalałbym ten album najmocniej na świecie. Kiedyś to było dla mnie wewnętrze przeżycie nie z tej ziemi słuchając pierwszego albumu The Gathering. Dziś jednak drażni mnie miejscami (patrz. klawisze) i niczym aż tak nie zauracza. Ale muszę kupić winyl, ot tak dla sentymentu, że kiedyś miało się te piętnaście lat i biegało z walkmanem słuchając taśmy (nie, to nie ta co na zdjęciu, wtedy była przegrywana) gdy część już się lansowało mp3kami, czy słuchało muzyki z telefonów. Jednak The Mirror Waters na zawsze będzie urzekać.



czwartek, 4 grudnia 2014

Kaliber 44 - Księga Tajemnicza. Prolog (1996)


KALIBER 44 - KSIĘGA TAJEMNICZA. PROLOG

Jak już wspominałem kiedyś, nie tylko recenzje z ciężkiej muzyki tutaj się znajdą. W rodzimym rapie jest jedna perełka, czyli debiut Kalibra 44. Jedna z niewielu płyt z gatunku psycho rap, który urzekł mnie niesamowicie od początku. Album poznałem kilka lat temu i na stałe pozostał w moim umyśle. Kaseta została wymęczona tak, że jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia, lecz mimo wszystko dalej dumnie się prezentuje na półce. Trzech panów czyli Joka, Dab i Magik stworzyli dzieło tak unikatowe i jedyne w swoim rodzaju, że nawet nie trawiąc takiej muzyki warto się z nim zapoznać.


Hej, stary! 

Podaj nam dłoń, podaj nam rękę! 
My chcemy wstać, grać 
Walczyć o naszą Matkę 
Naszą Marię 
Naszą Marihuanę! 

Po krótkim intro zaczyna się utwór Nasze mózgi wypełnione są marią. Tytuł oczywiście symbolizuje fascynacje marihuaną. Bit jest strasznie klimatyczny, o psychodelicznym zabarwieniu. Tak samo zresztą zwrotki raperów i styl rapowania jest niecodzienny. Wszystko uraczone jest niesamowitym klimatem, wielkimi emocjami i nutką niepokoju. Świetny początek przeniesienia do innego świata.

Bo ta muzyka jest nieuleczalna 
Bo ta muzyka to ułamek tarcia!
Między naszym, ziemskim wymiarem 
A czymś więcej, a czymś dalej!

Następnie chłopaki luzują, czyli Usłysz mój głos. Numer jest w sumie o samym zespole i o wydaniu pierwszej płyty i o tym jaka muzyka jest ważna dla odbiorców płyty. Bujający strasznie, wkręcający numer jednak bez tej magicznej atmosfery.

Powiedz mi, dlaczego media podają wciąż nowe przestępstwa? 
Powiedz mi, dlaczego tak trudno patrzeć dalej niż na swoje podwórko? 
Więcej szmalu, w gonitwie po szmal 
Człowiek nie patrzy, że zdeptał mnie dzisiaj...

Potem przychodzi czas na Brat nie ma już miłości dla mnie. Utwór opowiada o nienawiści i wyrządzaniu krzywd innym osobom. Przekaz mocny, wszystko dobrze ubrane w słowa jednak sam numer za specjalnie do mnie nie przemawia. Bit niezbyt elektryzuje, chociaż psycho klimat jest zachowany. 

Lecz teraz nikogo nie ma, jakby na złość Tobie 
Światła już dawno pogasły w każdym oknie 
Jesteś tu sam, zupełnie sam, jak palec 
Wokół ni kota, ni psa, ni szczura nawet

Psychoza to już mastersztyk w pełnowymiarowym stylu. Pełen dysonansów bit, nieziemskie flow i te okrzyki i śmiechy w tle. Niepokój czuć od pierwszego momentu. Tekstowo też mistrzowsko, świetny storytelling o tym jak człowiek wkręca sobie fazy i się boi, a tak na prawdę otaczają go koledzy.

A te spojrzenia i gesty, uśmiechy, w ogóle 
Skurwysyny nie wiedzą gdzie ja teraz się znajduje 
Pojęcia nie mają, wytłumaczyć nie dają 
Na dole widzą i tam umiejscawiają 

Pora na solowy numer Daba. To czyni mnie innym od was wszystkich jest esencją psychoflow. Raper tutaj emanuje strasznie specyficzą aurą, która jest urozmaicona drugim śladem z jego zniżonym głosem (trzeba się mocno wsłuchać). Przekaz tutaj jest niejednoznaczny, ciężko mi stwierdzić o czym opowiada utwór, lecz wydaje mi się o niestatycznej miłości i bawieniu się uczuciami.

Tylko bogaci mogą mówić mi, że pieniądz nie daje szczęścia 
Tylko bogaci mogą mówić mi, że są tylko bogaci! 
Pragnienie kasy zmienia Twój tok myślenia 
Sny, marzenia, sposób ich spełnienia i już i wiesz jak 

Więcej Szmalu 2 to kontynuacja numeru który był na pierwszym demo zespołu. Lirycznie traktuje o braku pieniędzy i tym, że bez kasy nic się nie da zrobić. Muzycznie ja tu słyszę zapożyczenia z głównego tematu z filmu Halloween. Utwór strasznie buja i jest chyba najbardziej "normalnym" na płycie.

Me słowo, mój miecz, Jej Magia i życzenie 
Wcieramy w Ciebie wszystko na Jej postanowienie! 
Więc chodź, chodź, jeszcze tylko jeden raz 
To jest, to jest Zakon Marii, czy teraz nas znasz?

Do boju zakon marii jest następny w kolejce. Epicki, szeroko rozwinięty bit, z odgłosami walki i głębokimi bębnami. Tekst mówi o tym jak zespół walczy w obronie marihuany. Nazywają się własnie tytułowym Zakonem Marii. Jest to jeden ze starszych utwórów zespołu, który w pierwotnej wersji ukazał się na składance S.P. Records. Można orzec, że to taka wizytówka zespołu.

Kto to i po co to tu ? 
Zjawia się znów ku twemu zdziwieniu, westchnieniu 
Mój miecz jest gotów byś mogła go poczuć 
Tak mocno, jak pragnę, zaprawdę 
Zabrać Cię w nieznane 
Może i tym razem nazwiesz mnie Magiem 

Czas na Bierz mój miecz i masz. Tu lirycznie emanuje tematyka erotyczna, zachęcająca dziewczęta do odbywania stosunków seksualnych z muzykami. Natomiast muzycznie to kolejne mistrzostwo świata. Mamy tu chłodny sound, genialnie pasujące skrecze i cuty, a do tego wszystko emanuje specyficzną atmosferą. Swego czasu mój ulubiony numer na płycie. 

Plus i minus to jak jakiś pierdolony wyrok 
Sądu mego czas, pytanie: muszę zginąć? 
Boże, doktorze, może pomoże ktokolwiek 
Który z was mi odpowie, kto?
 
Następny numer zna chyba każdy. Jest to kanonowy Plus i minus opowiadający o czekaniu na wyniki testu na HIV. Magik stworzył strasznie niepokojącą atmosferę przesyconą prawdziwym strachem. Na temat utwóru zostały już stworzone różne legendy traktujące o tym, że jak się przeslucha numer od tyłu to można wywnioskować, że raper planował swoją śmierć, co w mojej opini jest delikatnie przesadzone. Świetny numer jednak wielu osobom już zbrzydł.

Mnóstwo słów o Tobie: 
Mówione, pisane, czytane i tak się nie dowiem 
Bo tajemnicą owiane jest to: 
Dobro, czy zło?

Teraz pora na Jokę solo, który stworzył najbardziej ambitny tekst prezentujący załamanie wiary i wątpliwe podejście do sprawy istnienia wyższej istoty. Bardzo mocno i konkretnie przedstawiona tematyka, niesamowite flow, a do tego genialny bit. Przez wielu Moja obawa jest uważana za najlepszy numer Kalibra.

To moja Pani stworzyła wiatr 
Który pcha mnie do przodu na głębie oceanu! 
Ja wierze mojej Pani, przestałem wierzyć Panu 
Ona dla mnie zatrzymała czas

Na sam koniec, nie licząc krótkiego outra możemy usłyszeć kwintesencje gatunku psycho rap. Kaliber 44 wraz z kolegami z 3xKlan tworzą dzieło, które jest kanonem. Natchnione zwrtoki opisującę magię marihuany i ich nietuzinkowego stylu muzyki którą tworzyli. Do tego mamy w tle wokalizy jakiejś pani, które w połączeniu tworzą magiczną aurę nie z tego świata. Mistrzostwo świata i nic tego utworu nie przebije.

Księga Tajemnicza jest dla mnie najważniejszym albumem polskiego rapu. Przez niecodzienny klimat, mocne flow i mroczne bity jest to płyta, którą bez problemu łykną fani takiej muzyki jak i innej. Wybitne dzieło, którego nikt nie przebije. Płyta została przewałkowana przeze mnie setki razy i zostanie przesłuchana jeszcze więcej. W roku 2014 ukazała się reedycja na winylu, tak długo wyczekiwana, jednak S.P. Records popsuło ją usuwając utwór Psychodela, bez którego płyta traci wiele uroku. Mam nadzieje, że jakoś to zrekompensują, bo moja kaseta już zajechana, a winyl pozostawia niedosyt.




niedziela, 30 listopada 2014

Odraza - Esperalem Tkane (2014)


ODRAZA - ESPERALEM TKANE

Ktoś kiedyś ładnie napisał, że "black metal to jedna wielka emocja". W przypadku tej płyty można powiedzieć, że to kwintesencja tego stwierdzenia. Jest to takie do cna szczerze, takie prawdziwe, bez owijania w bawełnę, a do tego tak technicznie zaawansowane. Zostały na razie wydane trzy wersje albumu. Jedna na CD limitowana do 100 sztuk w całym czarnym opakowaniu ze złotymi czcionkami. Druga standardowa, do kupienia prawie wszędzie i trzecia na kasecie, której jestem szczęśliwym posiadaczem. Kasetowe wydanie jest o tyle intrygujące, że do książeczki są przyklejone niedopałki po papierosach, że przy każdym otwarciu pudełkach towarzyszy nam odrażający zapach zgaszonego peta. Projekt powstał z inicjatywy dwóch członków MasseMord, lecz chłopaki odcinają się całkowicie od Let The World Burn (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi), ale istotne to w tym momencie nie jest. Najważniejsze jest to co nam przynosi treść płyty.

Znudzeni tak bardzo, że bardziej się nie da 
Ćwiczymy sen twardy… 
By porankom nie kłaniać się, a noce rozkochać 
Jakby każda z nich była ostatnią 
…i w barze popiołem głowy wypełnić 
Września euforie i upadki czadzić 
Zataczać się na szczytach klęski 
I ufać, że listopad odgadnie nas wszystkich 

Na wstępie słyszymy dźwięk jadącego pociągu i już nas zalewa salwa mocnych, toczących się dźwięków. Co rzuca się w uszy to perfekcyjna produkcja, dbałość o szczegóły i akcenty. Monumentalny, wolny riff, któremu dogrywają genialne partie bębnów. Na zwrotce usłyszymy plugawe wokale, które idealnie podsysają atmosferę brudnej codzienności. Chłopaki potrafią też przyblastować w niektórych momentach. Idealny utwór na rozpoczęcie swojej przygody. Zero nudy, spora dawka emocji.

Nie bój się kurwo 
Ta noc już się rodzi
Nie bój się wódy 
Ta nigdy nie zwodzi 
Naparstek w naparstek 
Kielichy jak dzwony 
I Kurwy, i kurwy!
I kruki, i wrony!

Wielgi Mizogin, to najmocniejszy utwór na płycie. Gościnnie na wokalu wystapił Limbo, który charakterystyczną barwą dodał dodatakowego uroku. Pędzi coraz szybciej i szybicej. Rasowa surowica, przeszywająca do kości. Ten utwór mnie przekonał do sięgnięcia po ten album.

Klęski szukał w jej taflach: 
Popiołów przegranej, 
Popielnicy marzeń. 
Znalazł ją… najczarniejszy z czarnych chleb!

Trzeci z kolei utwór to już inna w ogóle akcja. Zacznya się bardzo powoli, na czystych gitarach, budując atmosferę melancholii, by na zwrotce mocno uderzyć. Po tym z kolei pokazują się dziwne jazzowate jazdy zespołu, co dodaje niesamowitego uroku i pokazuje szerokie spektrum zainteresowań muzyków. Dochodzą łamańce rytmiczne, multum zmian klimatu. Twórcy żonglują oddziałowując na różne stany świadomości. Tu połechtają ostro, by zaraz załagodzić wszystko piękną melodią. Utwór złoto.

Martwy żyję… 

By powstać, odrodzić się… 
Jak można jednak wierzyć w jutro...? 
Bez dziś.

Potem wchodzi krótki przerywnik o tajemniczym tytule Cicha 8. Trochę psychodelicznych dźwięków, budujących atmosferę do późniejszego numeru. No i tu własnie się zaczyna ostra jazda. Już na początku rasowe brzmienie, szybkostrzelne bębny. Chłopaki brną bez zatrzymania aż do połowy, gdzie wchodzą prócz riffu jakieś dźwięki nieznanego pochodzenia w tle, co dodaje atmosfery niepokoju. Następnie motyw, który prócz gitary artykułują tomy, by znów ruszyć mocno już do końca. Obłędna atmosfera.

Raz przyszła nocą w zamieć 
Chrzęst śniegu spod butów jej brzmiał jak muzyka 
On struty przez strach. 
Ona stara jak zima.

Teraz pora na dwóch moich faworytów. Pierwszy z nich, o tytule Próg od razu nas wita wejściem wraz z wokalem, nie za szybkim tempem, za to przytłaczającym ciężarem, by rozwinąć się w partie w half timie z opętanymi wokalami, a następnie szybkie blasty - idealne budowanie napięcia. Ale najlepsze dopiero przed nami. Nadchodzi zwolnienie z wieloma pięknymi akordami, by rozwinąć się w partię z prześliczną, głęboką melodię, która urzeka od pierwszego dźwięku. Nawet mamy dalej solo, które rozpoczyna się ponownie jazzowymi motywami, któremu w tle towarzyszą akustyczne gitary i szybkie bębny na dwie stopy. Ja poprostu jestem oszołomiony wachlarzem umiejętności jaki nam zapewniają twórcy. Przepiękny utwór, gdzie zmiany klimatu robią ogromną robotę.

Tam, gdzie nas nie spotkamy 
Nie z “popiołu” dziś, lecz z “woli” jutro 
Tam, gdzie nas nie spotkamy 
Noc nie kończy się nocą, lecz dzień dniem zaczyna 
Tam, gdzie nas nie spotkamy 
Melancholia się nami nie nażre 
Tam, gdzie nas nie spotkamy 
Z bruku podniosła się chęć i roztarła miasto. 

Na sam koniec została nam przepiękna pieśń pod tytułem Tam, gdzie nas nie spotkamy. Cudowne zakończenie płyty, długi ponad trzyminutowy wstęp owiany aurą melancholii. Wszystko jest tu dopasowane idealnie, każdy akcent w stu procentach przemyślany. Do tego zaskoczeniem są czyste wokale, oszczędne ale potęgujące doznanie. Cały utwór jest taki zimny, przenikający, taki prawdziwy.

Esperalem Tkane to płyta, która przeszła przez mój orgazim jak czołg, siejąc całkowite spustoszenie. Ogromny ładunek emocjonalny, niesamowity klimat, a do tego wszystko jest przekazane z taką szczerością, że nie sposób przesłuchać jej tylko raz. Zdecydowanie ogromna szutka i album, którego długo nic nie przebije. Moim skomnym zdaniem jest to najlepszy album, który ukazał się w tym roku i chyba nic już go nie przebije.




piątek, 28 listopada 2014

Dimmu Borgir - Stormblast (1996)


DIMMU BORGIR - STORMBLAST

Nigdy jakoś nie przepadalem za tą kapelą. Zawsze wydawała mi się mniej warta niż sporo osób sądzi. Nie od dziś wiadomo, że Dimmu Borgir to część bardzo mocnego metalowego maistreamu, który przyniosła im trzecia płyta. Jednak pierwsze dwie to dla mnie klasyka gatunku, z naciskien na drugą, dziś opisywaną. Chwaląc się jestem posiadaczem albumu na winylu w pierwszym wydaniu, do tego w edycji na fioletowym winylu, którego ukazało się tylko 300 kopii, a do tego mam plakat który dodawany był do przedsprzedarzy.

Już od samego początku album nas urzeka pięknym intrem na klawiszach, by potem zacząć black metalową jazdę. Wszystko oprawione jest majestatycznymi klawiszami. Muzycznie nie jest jakoś super szybko, lecz panuje melodyjna i mimo wszystko klimatyczna atmosfera. Wokale są surowe, nie jak w późniejszych płytach. Co trzeba przyznać utwór jest strasznie rozbudowany, multum tu riffów, a wyeksponowane klawisze to dodatkowy atut. 

Kolejny utwór zaczyna się wolnym, równie melodyjnym riffem. Podczas zwrotki wchodzą pojedyncze dźwięki na klawisze co potęguje doznania. Na bridge'u są recytacje. Wszystko utrzymane w jednostajnym, nierosnącym tempie. 

Trzeci z kolei ukazuje, że zespół nie ograniczał się tylko do gitar elektrycznych bo już w pierwszym motywie można usłyszeć akustyki, które prowadzą zespół do przodu. Dalej jest przyspieszenie, perkusista gra na dwie stopy. Po szybkiej i mocniej zwrotce nachodzi moment wyciszenia tylko z dźwiękami klawiszy, by potem przywalić rasowym black metalowym wyziewiem i już do końca mknie z ogromną siłą i klimatem. 

Następny utwór to już sam czysty klawisz, na początku wybijający wręcz w ambientowym tonie, by potem urzec piękną molową melodią. Cudowny odpoczynek po trzech mocnych utworach. 

Po tymże wytchnieniu wchodzi ponownie black metalowa jazda, w której prym wiodą szybkie gitary. Klawisze dodają tylko tło, także wydaje mi się, że nawet ortodoksyjni fani gatunku łykną ten numer bez problemu. 

Tytułowy utwór zaczyna się, a jakże, uderzeniem grzmotu! Wiadomo co będzie zwiastować! Wchodzi kapitalny riff idealnie pasujący do Norwegii z początku lat 90, na zwrotce bardzo solidne zmiękczenie klawiszami. Ogólnie podsumowując bardzo melodyjnie, aczkolwiek nie słodko. Idealne wywarzenie i jeden z najlepszych numerów na płycie. 

Potem zaczyna się zaskoczenie. Wchodzi utwór z deka inaczej wyprodukowany od innych. Pierwszy plan ma bass, a na zwrotkach o wiele głośniej jest wokal. Nie wiem czy to wada produkcyjna czy celowo, ale rzuca się to w uszy. Mimo temu towarzyszy w niektórych momentach interesująca melodia na klawiszach, lecz jakoś szału nad utworem nie ma za specjalnego.

Następuje strasznie płynne, wręcz niezauważalne przejście do kolejnego kawałka. Dzwiękowo to chyba najbardziej surowy i nieokiełznany utwór na tej płycie. Surowy, dziki black metal, śmiercionośna atmosfera. W końcu tytuł Antikrist mówi sam za siebie. Gdyby nie rozwinięte klawisze pod koniec mało kto by pomyślał, że to utwór Dimmu Borgir.

Przedostatni utwór zaczyna się równie agresywnie i brnie do przodu mocno. Początkowo bębny w half timie, by potem trochę przyblastować, aż następuje zwolnienie i wchodzi prosty riff. Ogólnie na tej płycie chłopaki nie wykrzesają z gitar jakiś zaawansowanie technicznie motywów i większość roboty robią klawisze, lecz w tym utworze są ledwo dostrzegalne.

Końcówka utworu zaczyna się motywem jak z jakiegoś horroru lat '30, by potem przywalić brutalnością, szybkostrzelnymi blastami i krzykliwymi wokalami. Idealny strzał na koniec płyty. Numer brnie do przodu, nie zwalnia i mocnym akcentem zamyka jedną z lepszych produkcji norweskiego black metalu.

Nie wnikałem nigdy w analizę tekstów, gdyż wszystkie są w języku norweskim, a z niego nic nie rozumiem, dlatego głównie odnoszę się do wartości muzycznych. Album został w 2005 roku ponownie nagrany przez zespół, lecz już numery nie są tak surowe, tak klimatyczne, tak przenikające i urzekające. Stormblast to dla mnie dzieło wybitne w wielu aspektach. Chwyta ta melodyka, dobrze poprowadzone klawisze i jeszcze nie wali słodkością jak zdarzało się w tym zespole później. To dalej surowy, prawdziwy black metal, jednak bardziej melodyjny niż inni wielcy koledzy z ich kraju. Warto zapoznać się z tym albumem, jednak ortodoksów gatunku przyprawi o niesmak.





czwartek, 27 listopada 2014

Tiamat - Clouds (1992)


TIAMAT - CLOUDS

Metal klimatyczny. Jak tak sobie sięgam pamięcią i próbuje przypomnieć od jakiej kapelki zacząłem słuchać tych zimniejszych klimatów to zdecydowanie będzie to Artrosis i ich album Pośród Kwiatów i Cieni. Jednak patrząc na zagraniczne podwórko to chyba był Tiamat ze swoim trzecim albumem Clouds. Wszystko było winą teledysku do Sleeping Beauty, który kiedyś przewinął się na stacji Viva jakoś późno w nocy. No i trzeba było zaopatrzyć się w kastetkę, która grała godzinami a ja coraz bardziej wnikałem w chłodne, lecz jeszcze ciężkie dźwięki tej szwedzkiej kapeli.

In a dream 
Let me drag you through my world 
My kingdom for your thoughts 
What is in your mind

Album otwiera numer In A Dream. Ładny akustyczny wstęp, który już zwraca na siebie uwagę, a potem chłopaki przywalają ciężkim walcowatym riffem, którego nie powstydziliby się najlepsi reprezentanci starej szkoły doom metalu. Do tego ten strasznie charakterystyczny głos Johana Edlunda, który nie sposób pomylić z innym (chociaż na późniejszych płytach ewoluował). Mamy tu krzyczany refren, otoczony klawiszami. Jak na początek płyty bardzo przyjemnie.

Look into my crystal ball 
I have got news for you my dear 
There is a god inside you all 
But he is hidden in your deepest fear

Tytułowy utwór zaczyna się szybszym metalowym riffem, w ogóle cały utwór ma jeszcze popłuczyny z poprzedniej płyty Tiamat. Więcej tu metalu niż klimatów, ale mamy za to wspaniale solówki i interesujący, budujący napięcie bridge. Jednak po czasie utwór jakoś już nie robi na mnie zbyt specjalnego wrażenia jak kiedyś.

If I close my eyes I see it clear 
The visions are whispering in my ears 
The smell of pain, the smell of death 
The odour that is my last breath

Następny utwór chyba jeszcze bardziej w rasowo metalowej koncepcji. Po motorycznym riffie wchodzi krótkie, ale wyraziste solo, a po zwrotce chłopaki kotłują aż miło na uszach się robi. Refren też mocny, choć wyjątkowo bez skandowanych przez wszystkich wersy. O wiele lepiej wchodzi niż Clouds.

Deep in death 

Wrapped in the morning beauty
Comes close my love 
My dearest sister and friend

A Carees Of Stars to już inna bajka. Koniec z deathowymi zapędami. Wszystko się zaczyna prześlicznym riffem, następnie genialna czysta gitara z klawiszami i recytacje wokalisy. Posępna atmosfera i spadek temperatury w pokoju gwarantowany mimowolnie. Taką atmosferę lubię. Zespół potem uderza mocniej, ale w żadnym wypadku szybciej. Cudowny utwór, oby takich więcej.

The sleeping beauty 
She stops the bleeding 
She stops the bleeding in my soul 
She is fresh air in this stinking world

Refren następnego utworu zacytowany wyżej zna każdy fan klimatycznego metalu z lat 90. Wchodzi największy hit Tiamat z tej płyty, owiany sławą i chwałą Sleeping Beauty, bez którego niemożliwy jest żaden ich koncert. Zaczyna się strasznie charakterystycznym motywem, a gdy wchodzi reszta instrumentów robi się taki walec jakich mało. Do tego refren skandowany przez cały zespół, gdzie po nim następuje chwilowe przyspieszenie, aby znów zwolnić. Tego się nie da opisać, to trzeba posłuchać.

Raging flames cover my corpse 
Far from identity and remembrance 
But the shades of my mind are still carrying
Colours of most beautiful kind 

I teraz zaczyna się dziwnie. Wchodzi Foreveer Burning Flames. Tytuł utworu może i uroczy, ale muzyka już nie. Wstęp gitarowy, ale ten motyw jakiś nijakiś, potem zwrotka na klawiszu, bez użycia gitary, z pompującym basem. Refren też jakiś taki nijaki, a potem panowie pędzą szybko na złamanie karku. Chyba najmniej urzekający numer na płycie.

If you are trying to interpret me 
You're trying to put me down, you'll see 
The dreams I have, you do not know 
Don't make me the scapegoat on your stupid show

Przedostatni numer to Scapegoat. Sam tytuł intryguje i jak można było się domyśleć, na początku zaczyna się deathowa jazda, by potem poleciał riff z akustykami i gitarą przepuszczoną przez wah-wah. Zwrotka taka ni jaka, jednak na refrenie już urzeka nas ładna melodia i delikatne smyczki w tle. Dalej utwór leci powtórzoną sekwencją zwrotki/refrenu, gdzie na koniec mamy taki troszkę Cathedralowy riff. Utwór dobry, jednak do mistrzostwa mu brakuje.

The girl opened her mouth 
I opened my veins 
The girl opened her heart 
I opened a door to another world

Album wieńczy Undressed. Już sam tytuł zdradza, że treść będzie zabarwiona erotyką. Sam utwór to potężny, ciężki riff na początek potęgowany klawiszami. Świetnie wzniosły, brnie do przodu nie biorąc jeńców. Idealny na zakończenie albumu.

Po kilku latach od poznania tej płyty zmieniło się moje zdanie na jej temat. Kiedyś było to niedoścignione dzieło, album nie do przebicia, lecz z perspektywy czasu uważam, że może niezbyt potrzebny był taki zachwyt. Zespół dwa lata później pokazał, że da się go przebić bez problemu wydając Wildhoney, który był lepszy od Clouds, jednak mimo wszystko sentyment zostaje i taśma choć wysłużona dalej często ląduje w magnetofonie.



środa, 26 listopada 2014

Furia - Huta Laura/Katowice/Królewska Huta (2010)


FURIA - HUTA LAURA/KATOWICE/KRÓLEWSKA HUTA (2010)

Furia... Zespół na temat którego mogę pisać książki, epopeje wręcz. Przepełniony oryginalnością, klimatem, melancholią cudowny twór czterech ludzi ze Śląska. Poznałem ich pod koniec 2009 roku, zasłuchując się w EP Płoń, lecz recenzja nie będzie poświęcona temu wydawnictwu, a EP wydanej w 2010 roku. Tylko na winylu w 200 kopiach. Jak dowiedziałem się o tym ścisłym limicie to już byłem na stronie Pagan Records, by zamówić moją kopię. Oczywiście mijały długie dni aż serdeczny Pan Sławek, listonosz, zawitał u mych drzwi. Po rozpakowaniu paczki najpierw był rytuał oględzin okładki, wkładki plyty. Następnie mycie, suszenie no i w końcu odsłuch...

Witają nas na początku nieartykułowane dźwięki na jakimś instrumencie, gdy wreszcie wchodzi to co lubimy najbardziej w Furii. Mistrzostwo klimatu, aura tajemniczości, wzniosłości, niezbyt szybkie tempa, a do tego głos Nihila. Wszystko co w zespole najlepsze. Utwór nosi tytuł Huta Laura. Piękne minuty mijają, lecz zero szaleństw, chociaż moja dusza już się raduje. Następny numer to Katowice. Tu już o wiele mocniej chłopaki potrafią uderzyć lecz dalej ze swoim charakterystycznym stylem. W środku dochodzi do zwolniena, na nieprzesterowanej gitarze, Nihil recytuje fragmenty tekstu, by następnie przyłożyć topornym motywem... Atmosfera nieprzęciętna i poruszająca. Na sam koniec Królewska Huta. Najdłuższy utwór na EP. Znów zaczyna się dziwnymi dźwiękami, chyba na fortepianie, a cały zespół krzyczy MOCNIEJ, DO SZAŁU... juz tu się robi się intrygująca atmosfera, pełna niepewności. I w końcu zaczyna się właściwy numer. Już na początku riff z którego wycieka melancholijna atmosfera i wycie Nihila. Jeju, jak mnie urzekają takie motywy! Cały numer przepełniony jest takim klimatem. Beznadziejności i bezradności...

I na tym się kończy część muzyczna. Lirycznie zostały wykorzystane wiersze Sergieja Jesienina, co potęguje doznania:

"Kto zginął tu, umarł? Nie. Ja sam skonałem..."

Idealnie oddaje to klimat płyty. Warto zaznaczyć, że to EP ma nie być nigdy wznawiany, a nagrań dokonano 13 stycznia 2010 roku w śląskiej leśniczówce. Przez co jakość nagrań jest dosyć bootlegowa i jak ktoś na pierwszy strzał rzuci sobie te dzieło, może poczuć niesmak. Jak dla mnie, wielkiego fana tej śląskiej formacji jest to pozycja obowiązkowa, choć dziś już ciężko dostępna.